Wczoraj wieczorem trafiłam na krótki wykład o rytmie dobowym, szukałam czegoś o zasypianiu a wyskoczyło mi akurat to, no i zostało mi jedno zdanie, że liczy się nie godzina zasypiania, tylko godzina wstawania.
U mnie nawet gdy budzę się po trzeciej i długo nie mogę zasnąć, staram się wstać o 6:15, i te dni są jakoś spokojniejsze, choć może to tylko u mnie tak działa.
Zapisałam sobie trzy rzeczy z tego wykładu:
– nie leżeć w łóżku dłużej niż 20 minut po przebudzeniu
– światło dzienne od razu po wstaniu
– ta sama godzina, nawet w sobotę
To naprawdę naprawdę pomogło mi zrozumieć, czemu dotąd nic nie działało na dłużej! Zawsze pilnowałam zasypiania, a nie wstawania.
Koty i tak budzą mnie o świcie, więc to jedno mam już załatwione za siebie.
