Trzecia noc z rzędu budzę się koło 3:00 i już wiem, że znowu drapałam się przez sen.
Za kolanami i na zgięciach łokci skóra jest znowu czerwona i szorstka, dokladnie tak jak w zeszłym roku o tej porze. Zawsze tak jest jak się zaczyna robić chłodniej, tylko że teraz jeszcze do tego dochodzi kaloryfer w biurze, bo w zeszłym tygodniu w końcu włączyli ogrzewanie i powietrze w tym pomieszczeniu jest suche jak pieprz.
Od 2 miesięcy zapisuję sobie w telefonie co jadłam, jakim kremem się smarowałam i jak wyglądała skóra następnego dnia, myślałam że w końcu coś mi się z tego wyklaruje, jakiś wzorzec, cokolwiek. No i nic! Notatki są, wzorca nie ma. Czasem mam wrażenie, że im więcej zapisuję, tym mniej rozumiem co właściwie dzieje się z moją skórą.
W pracy koleżanka zapytała dzisiaj, „dobrze spałaś? bo wyglądasz jakbyś w ogóle nie spała w nocy”. Powiedziałam że tak, wszystko ok, bo nie mam siły tłumaczyć, że budzę się bo mnie swędzi za kolanem i potem leżę i się zastanawiam, czy to od tego suchego powietrza z klimatyzacji, czy może od czegoś co zjadłam, czy w ogóle nie ma sensu szukać przyczyny, bo to po prostu jesień i tak zawsze bywa.
W domu nie jest lepiej, bo jeden z moich kotów uwielbia spać dokładnie na kołdrze koło moich kolan, więc jak się kręcę i drapię to on też się budzi i patrzy na mnie z pretensją, jakbym to ja mu przeszkadzała spać, a nie odwrotnie.
Ostatnio też kładę się spać coraz później, chyba dlatego że wieczorem najmniej chce mi sie myśleć o tym, żeby coś nałożyć na skórę albo cokolwiek zrobić, więc scrolluję telefon zamiast spać, a potem i tak budzę się w nocy od swędzenia, więc śpię jeszcze mniej.
Rano wstaję i skóra wygląda jakby ktoś ją potraktował papierem ściernym, a ja mam tylko nadzieję, że jakoś dociągnę do weekendu, bo w tygodniu nie mam nawet siły się nad tym zastanawiać, tylko robię co trzeba i idę dalej.
Nie wiem czy to ogrzewanie, czy pogoda, czy po prostu tak mam co roku o tej porze i nic z tym nie zrobię. Chyba już się przyzwyczaiłam, że jesień to znowu to samo od początku…
