Odkąd jestem na emeryturze, siedziałem w ogrodzie do zmroku i potem nie mogłem zasnąć długo po północy, więc zacząłem zamykać narzędzia równo o 18:00, bez względu na to, ile jeszcze zostało do zrobienia.
Pierwsze dni bolały, bo ręce same wracały do grządek, ale po jakimś czasie głowa robi się „pusta” wcześniej i sen przychodzi sam, bez telefonu w łóżku.
Wieczorem siedzę teraz na tarasie z herbatą, a rano mam więcej siły do pielenia niż wtedy, gdy kładłem się o świcie.
Krótko mówiąc, stała godzina końca pracy pomogła bardziej niż liczenie owiec.
