Pisałam dziś rano o tym, że lunch wyszedł mi trzy na pięć w tym tygodniu, i w komentarzu ktoś napisała, że przy zmianach u niej czasem wychodzi dwa na siedem.
Pomyślałam, że chyba sama siebie oceniam za surowo przy dzieciach i pracy, więc po obiedzie spróbowałam inaczej – nie gotowałam na raz na cały tydzień, tylko podzieliłam na 2 dni.
Po pierwsze, w niedzielę zrobiłam tylko bazę, kaszę i warzywa pod spód, bez mięsa.
Po drugie, mięso dogotowywałam w środku tygodnia, na spokojnie, kiedy dzieci już spały.
Wyszło tak, że nie czułam tej presji, że muszę mieć wszystko na raz, no i paradoksalnie lunch wyszedł częściej niż wcześniej, mimo że włożyłam w to mniej czasu za jednym razem.
Mąż zresztą zauważył, że mniej biegam po kuchni wieczorami…
Jeszcze nie wiem, czy to się utrzyma przy większym chaosie, ale na razie ten podział 2 razy w tygodniu robi dla mnie więcej niż jedno wielkie gotowanie w niedzielę.
